Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewegetariańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewegetariańskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Metamorfoza, czyli już nigdy nie będę taka sama

Wiem, że to słabe uzależniać swoje szczęście od czynników zewnętrznych. Ale tak to chyba już bywa w życiu hedonisty zajawkowicza. Ciągle znajduje się nowe opcje na to, jak być jeszcze bardziej ukontentowanym swoją codziennością. Dla mnie los okazał się ostatnio bardzo łaskawy – najpierw sprowokował mój wyjazd do Trójmiasta, a potem jeszcze dwa razy wciągu niecałych dwóch tygodni posadził mnie przy stole w gdańskiej restauracji Metamorfoza.


toast za bezkonkurencyjną przygodę ze smakami! 
Myślałam o tym miejscu od dłuższego czasu. Ponad rok temu miałam okazję poznać tutejszego bezkompromisowego szefa kuchni Adriana Klonowskiego, potem przepełnioną dobrą energią, super wykształconą i doświadczoną menadżerkę Matyldę Grzelak, ostatnio właścicielkę tego miejsca – Justynę Zdunek, która niczym mecenas wspiera rozwój swojego młodego teamu. Metamorfoza zbudowana jest na ideach, które są mi bardzo bliskie. Na pierwszym miejscu mądrość, na drugim pokora, na trzecim ciekawość. Zdaje się, że w Metamorfozie nim rozpoczną zmianę, każdy z niewiele ponad dziesięcioosobowego zespołu sam sobie zadaje pytanie: jak? dlaczego? gdzie? Takie kuchenne: „Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?”. A potem kopią, jadą do lasu, budują, gotują. By ostatecznie, odpowiedzi na te pytania ułożyć na Twoim talerzu.

scenariusz mojej pierwszej kolacji w Metamorfozie,
to jednocześnie inauguracja finału Commis Made ed. 4 Urban Farm Stocznia Gdańska
drugi aperitif - piwo warzone w Metamorfozie
(lager, słody karmelowy i pilzneński; fermentowany na Urban Farm Stocznia Gdańska)

belona, czarny czosnek, rukola


twaróg, jeżyna, kurki



Metamorfoza czerpie z tradycji Gdańska i Kaszub. Dorobku miasta kupców, rzemieślników, uczonych, dziedzictwa regionu rybaków, rolników, leśników. W swojej kuchni skupieni są na korzystaniu z produktów, które w znakomitej większości pozyskiwane są z obszarów nie dalszych niż 50 km od restauracji. Oprócz soli ciechocińskiej nie używają przypraw. Nie znajdziecie tutaj nowoczesnych technologii kulinarnych, bo tutejsze receptury opierają się o tradycyjne: marynowanie, dojrzewanie, suszenie, kiszenie, wędzenie czy destylację. To wcale nie uszczupla repertuaru środków Metamorfozy, bo wraz z odrzuceniem jednego, mogli skupić się na innych aspektach swojej pracy. W ich teamie jest zielarz, który codziennie rano wybiera produkty z gdańskiej zieleni miejskiej, osoba odpowiedzialna za nabiał, bo na przykład część serów wytwarzają tutaj samodzielnie, ktoś jeszcze tłoczy olej, a inny warzy piwo, potrzebują dobrego produktu, więc kupują stary samochód i dwa razy w tygodniu przemierzają pobliskie wsie albo budują zagrodę dla kaczek (tę ostatnią – aktualnie). Nic nie dzieje się tutaj bez przyczyny.

turbot, bób, słonina, dziki szczaw
kaczka, mrówka, agrest, rumianek

przepiórka, szczawik zajęczy, świerk

kalafior, czerwona porzeczka, tymianek
Menu Metamorfozy to zestaw degustacyjny od 3 do 9 dań, a właściwie nowych pomysłów na produkty. Znane Ci dotychczas kalafior, boczek, czy sandacz w menu Klonowskiego oznaczają zupełnie nowe smaki. Ale uwaga, jemu nie chodzi o to, żeby było dziwnie! Produkty tracą swoje konotacje, by stać się czymś nowym. Czymś, co najważniejsze, wynika z ich charakteru, a nie jest robione na siłę. Żeby tak działać trzeba być wrażliwym szefem!

Spójrzcie na dwie sytuacje. Od kolacji w Metamorfozie, na przykład codziennie myślę o czymś tak dla mnie nowym, jak tutejsza słoninie z truskawkami. Tak nieoczywiste, wcześniej mogłoby wydawać mi się raczej niesmaczne, a obecnie uznaję za jedną z najlepszych rzeczy, jakie jadłam w życiu. Z drugiej strony klasyka - podczas pierwszej kolacji, o której piszę tutaj, a którą miałam przyjemność jeść przy stole z Eweliną Żygadło (właścicielka Milejowego Pola), Pawłem Dołżonkiem (szef kuchni w restauracji Pałac Ciekocinko Hotel Resort & Wellness), Michael'em Anaya (fotografem z USA), kelnerzy postawili przed nami wędzoną, a potem pieczoną przepiórkę. Na talerzu tylko ona i kilka listków szczawiku zajęczego - odważnie. Mieliśmy jeść rękami - dla wielu nieoczywiste. Nagle okazało się, że zaiskrzyło, mimo tak różnych doświadczeń moich i moich towarzysz, wszyscy zaczęliśmy ożywieni mówić, że z tym daniem czujemy się jak u babci parędziesiąt lat temu. Mądrość czy magia? Koniecznie sprawdźcie to na sobie!


kolacja druga, ja piszę, a Ania Szczotka robi zdjęcia,
w serwetkach chleb orkiszowy, bagietka pszenna, w miseczkach twaróg kozi 

turbot, groszek cukrowy, oliwa koperkowa

suszona ligawa, mirabelka, czosnek niedźwiedzi, szczawik zajęczy
truskawka, słonina, krakers pszenny

<3 rozpływam się nad słoniną i truskawkami <3

sandacz, seler korzeń i nać

tatar, botwinka, chrzan, jajko

boczek, kapusta, papierówka

przepiórka, czereśnie, fasolka szparagowa 

chwilka przed deserem

moja słabość do warzywnych deserów została zaspokojona:
 tatar z podsuszanego pomidora, ser zwarowy, beza malinowa, emulsja z serc pomidorów i masła
Restauracja Metamorfoza
ul. Szeroka 22/23 – 24/26
Gdańsk

środa, 16 grudnia 2015

Szlak Kulinarny Podkarpackie Smaki - cz. 1

Po mojej wakacyjnej, ekspresowej wycieczce na wschód, nie przypuszczałam, że tak szybko trafię znów w tamte rejony. Miałam już nie ruszać się w tym roku z Wrocławia, ale dostałam propozycję odwiedzenia Szlaku Kulinarnego Podkarpackie Smaki. Pomyślałam – trzy dni na Wschodzie, trzy dni próbowania kuchni regionalnej i trzy dni z ludźmi, którzy mają absolutną korbę na punkcie kulinariów – nie znalazłam argumentów, żeby dotrzymać danego sobie wcześniej słowa.

Spotkałyśmy się (bo jechałam z Warszawy) z wrocławianką bloggerką – Agatą z Kuchni w Formie w wieczór poprzedzający naszą kulinarną objazdówkę na rzeszowskim Rynku. I już pierwsze zaskoczenie – zniknęły szpecące to miejsce parasole i ukazała się piękna panorama dziewiętnastowiecznych kamienic. Ale co najważniejsze pojawiło się mnóstwo nowych gastronomicznych miejsc. Nasz program był obficie zaplanowany, więc jedyną opcją było zjedzenie kolacji w Rzeszowie w wieczór poprzedzający naszą objazdówkę. Wybrałyśmy Restaurację Radość (Rynek 24) – miejsce, które opiera swoją kuchnie o polskie składniki, kreatywnie je łączy, używa tradycyjnych i nowoczesnych metod obróbki i podaje dania w zachęcających formach. Spodobał mi się również tutejszy wystrój wnętrza – sielanka, ludyczność, ale w gustownym, nowoczesnym wydaniu.




grunt to dobry start, czyli obowiązkowa wizyta w Kawie Rzeszowskiej

Ale wróćmy do Szlaku Kulinarnego Podkarpackie Smaki - to marka promująca dziedzictwo kulinarne Podkarpacia, projekt zainicjowało i prowadzi Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju i Promocji Podkarpacia „Pro Carpathia”, a współfinansowany jest z środków projektu „Alpejsko-Karpacki Most Współpracy”. Na tej trasie znajduje się 51 obiektów gastronomicznych i podzielić można ja na trzy szlaki: bieszczadzki, beskidzko-pogórzański i północny. Ja wraz z grupą kilku blogerów i dziennikarzy kulinarnych, pod wodzą animatora Szlaku - Krzysztofa Zielińskiego, mieliśmy możliwość odwiedzić kilka miejsc z ostatniej z nich. Tutejsza kuchnia objawiła się nam w różnych obliczach – dworskim, chłopskim i „współczesnym”. Do wspólnego stołu zasiedliśmy dziewięć razy i przekonaliśmy się, jak różny poziom i interpretacje kuchni regionalnej występują na tym obszarze.


W naszą kulinarną przygodę weszliśmy łagodnie, a zaczęliśmy ją w przemyskich Cudach Wiankach. Jak na miejsce, w którym zaraz spróbujemy kuchni regionalnej, jest zadziwiająco jasno, lekko i przestronnie. Bo tak jak wystrój, również sytuacja w kuchni jest tutaj nieoczywista – prowadzą je dwie kobiety, które nie mają wykształcenia gastronomicznego, a z pasji i oddania dla sztuki kulinarnej rozpoczęły gotowanie w tym miejscu. Sprawa to dobrze znana w dzisiejszej gastronomii. Dlatego w całym tym anturażu – przyjemnym dla oka, ale jakby skądś znajomym i z historią w tle – tak przecież popularną ostatnimi czasy, czuję się jak „u siebie w domu”. Próbujemy tutaj menu degustacyjnego – siedmiu dań, z których większość trafia w moje gusta, a w smakowej pamięci zapada szczególnie cudny żurek.


deser: ciastko czekoladowe i kubek zimnego mleka

Sielankowa atmosfera Cudów Wianków powoduje, że zapominamy o czasie, za oknem zapada zmrok, a my mamy już pierwszą obsuwę w naszym harmonogramie wycieczki, dlatego zaraz po opuszczeniu tego miejsca, bez możliwości rozejrzenia się po tym magicznym mieście (trzeba będzie tu wrócić!), udajemy się od razu do Zamku Dubiecko


Niestety jest już ciemno i wspaniały – tak się przynajmniej domyślam – 11-hektarowy park z egzotycznymi drzewami i szeroki horyzont z panoramą na okolicę, mogę sobie tylko wyobrażać. Zasiadamy zatem do stołu, na którym tutejszy szef Kuchni Janusz Pyra serwuje specjały kuchni dworskiej – klasyczne mięsa, do których obróbki używa też nowoczesnych technik i nie boi podawać się ich w odświeżonych formach i w nieoczywistych połączeniach. Jest mięsnie, a więc dla mnie dość ciężko, na szczęście w trakcie kolacji udajemy się na zwiedzanie zamku – sala balowa, prywatne pokoje... Zaprzyjaźniam się z gadającą papugą, która podobno lubi blondynki, a kiedy od niej odchodzę, mówi: „Chodź tu!”. W związku z tym miejscem w mojej pamięci najbardziej zapisuje się długa historia zamku, żyjący tu ród Krasickich, z najbardziej znanym – Ignacym, powstanie kolędy „Bóg się rodzi!”, czy bohater, a właściwie antybohater, Stanisław Stadnicki, potem już upadek świetności tego miejsca oraz zmagania i ciężka praca właściciela, z którym mieliśmy przyjemność zasiąść do stołu i zwiedzać Zamek. 


gęsie pipki 



kaczka sous-vide, strudel ziemniaczany, mus selerowy, karmelizowane wiśnie i jabłka, biała czekolada

Po Zamku w Dubiecku następuje absolutny zwrot akcji – czekają na nas już w Karczmie pod Semaforem. Mieliśmy tu z gospodynią nauczyć się robienia proziaków, ale wcześniejsze przygody wciągnęły nas tak bardzo, że jedyne na co mamy czas, to spożycie przygotowanych już dla nas tych regionalnych bułeczek – jeszcze ciepłych, idealnie pulchnych, do tego w towarzystwie „swojskiego” masła, twarogu ze szczypiorkiem, smalcu, konfitur. Proste składniki z gospodarstwa własnego lub sąsiadów, to jasny przekaz – jest pysznie. Dzień wcześniej swoją aprobatę dla tego miejsca wyraziła również redakcja przewodnika Gault&Millau, w którym Karczma pod Semaforem została wymieniona. Najpiękniejsze w tej historii jest to, że prężny marketing Żółtego Przewodnika nie dotarł jeszcze do Bachórza, a państwo Kopaccy nie mieli pojęcia, że do ich Karczmy przyjeżdża ktoś taki, jak inspektorzy Gault&Millau, którzy ocenią to, co dla nich naturalne i czemu oddają się od lat. 


pan Karol Wal - właściciel winnicy, restauracji i kurortu Winnica Maria Anna

Okazało się, że to nie koniec kulinarnej przygody na dziś. Przed nami jeszcze Winnica Maria Anna w Wyżnym. To pierwsza podkarpacka winnica, która zapoczątkowała legalną sprzedaż wina w tych rejonach. Tutaj degustujemy to, co wytwarza się na miejscu – wina Sibera, Ortega, Cuve, Regent z 2013, Saival oraz wina o dźwięcznych nazwach polskich instrumentów muzycznych – Złóbcoki, Maryna, Bazuna z pobliskiej Sztukówki, którego właściciel Leszek Szczęch (człowiek o bosych stopach) w ten wieczór również zaszczyca nas swoją obecnością. Do tego lokalne sery wytwarzane kilka kilometrów stąd – jest pysznie. Z każdym kieliszkiem coraz bardziej?




Ten jakże obfity dzień może pomóc Wam w planowaniu swojej wyprawy w podkarpackie i najlepiej zróbcie to wolniej niż my i delektujcie się każdą chwilą w tej urokliwej krainie. W najbliższych dniach kolejne miejscówki ze Szlaku Kulinarnego Podkarpackie Smaki, które być może jeszcze bardziej przypadną Wam do gustu. W kontakcie! 

czwartek, 29 października 2015

Portugalskie wakacje, czyli jak nie zapomnieć i następnym razem lepiej się przygotować

Minął już miesiąc od mojej wyprawy do Portugalii. W międzyczasie zdążyłam być jeszcze w Londynie, a potem wiele obowiązków usilnie starało się, abym zapomniała o cudownym słońcu, o przejrzystej architekturze, pełnych smaku owocach morza i winie oraz spokoju Portugalii. Na szczęście automat codzienności jest niczym wobec siły przygody! W pierwsze jesienne wieczory oglądam zdjęcia i mam kilka myśli o przyszłych wyprawach na zachodni kraniec Europy - może przydadzą się i Wam. 
Czyli 5 rzeczy, których nie powinieneś robić w Portugalii:

  • Daruj sobie spędzanie wakacji na ciągłej spinie. Rozejrzyj się dookoła i bierz przykład z Portugalczyków, oni nawet podczas codziennych obowiązków zdają się być bardziej zrelaksowani, niż Ty – Polaku na swoim urlopie. Daj się ponieść rzeczom, które się dzieją, zapomnij na ten czas słowo „muszę”, patrz w słońce i rób teraz to, co nie ma sensu.



  • Nie przesadzaj z espresso. Choć portugalskie espresso jest niepowtarzalne i nie napijemy się go nigdzie indziej, nawet ono, w większych ilościach, nie wychodzi na zdrowie.




  • Nie jedz francesinhy. To danie rodem z Porto składa się z szynki, kiełbasy, mortadeli, wieprzowiny, sadzonego jajka. Całość zamknięta między dwie kromki chleba tostowego przykryta jest żółtym serem i zapieczona w piecu, potem zalana sosem pomidorowo-piwnym. Wszystkie te składniki same w sobie są raczej obrzydliwe, wyobraźcie sobie zatem zwielokrotnione wrażenia wynikające z ich połączenia. Francesinha - tobie mówimy nie! 

  • Jeśli jesteś świeżo upieczonym kierowcą lub brak Ci umiejętności i pewności za kierownicą – odpuść sobie prowadzenie samochodu w Portugalii. Nie ma znaczenia, czy są to duże miasta, wsie, czy góry – poziom trudności sięga tu zenitu. Kręte, wąskie ulice o zróżnicowanych poziomach potrafią zaskakiwać. 


 
na zdjęciu po prawej kierowca wyjechał na wstecznym z ulicy, która jest na przeciwko 



  • Albufeira, to takie portugalskie Mielno do potęgi o kilku zerach. Jeśli kiedykolwiek wyobrażałeś sobie zepsuty Babilon - myślę, że akcja wydarzeń opowiadających o upadku człowieka mogłaby dziać się właśnie w tym mieście. Tutaj po zmroku, nawet poza sezonem turystycznym, główne ulice były potwornie głośne. W każdej knajpie totalnie inny świat - uczestnicy i organizatorzy imprez od disco plastik po heavy metal zdawali się brać udział w jednym konkursie: głośniej, bardziej nietrzeźwo, bardziej ordynarnie. Miałam wrażenie, że oglądam jakiś film – z małą różnicą - przed ekranem czuję się dużo bezpieczniej, niż kiedy kolejni witający mnie ludzie szarpią za rękę i "zapraszają" bym weszła do ich lokalu. Albufeirę ominę szerokim łukiem. (Zdjęć z tego strasznego miejsca nie posiadam.)
Niedaleko Albufeiry jest natomiast najpiękniejsze (według mnie) miasteczko Portugalii - Burgau - ale o nim następnym razem...

sobota, 29 sierpnia 2015

Słodki Wschód

Tydzień temu wróciłam z jednej z najlepszych podróży w moim życiu. Dwa tygodnie spędzone na wschodnich krańcach Polski przyniosły wiele doświadczeń, przewietrzyły głowę i zainspirowały. Nie traktuję tego miejsca, jak pamiętnika swoich przeżyć, ale przez najbliższe dwa tygodnie na Retro Food Design opublikuje kilka wpisów o tym, co spotkało mnie na drodze między Rzeszowem i Sejnami. Jestem to winna Polsce wschodniej, o której tak niewiele się mówi i pisze. Zapraszam na mój subiektywny przewodnik po Lubelszczyźnie i Podlasiu.  


Za nami ponad 2000 km drogą lądową, nie liczę całodziennych spacerów po miastach i lasach, odcinków, gdzie poruszałyśmy się kajakami i rowerami. Robi to na mnie wrażenie, uświadamia mi siłę "chcieć to móc", a przede wszystkim przypomina ogrom, jakim jest Ziemia i cywilizacja. Czternaście dni, podczas których prawie codziennie spałam w innym łóżku, poznawałam nowych ludzi, widziałam pierwszy raz zupełnie egoztyczne rzeczy. Zawsze byłam tam, gdzie powinnam być, zawsze bezpieczna.

Dobrze jest myśleć siedząc w sowim domu, o tych ludziach, których się poznało, historiach, które usłyszało, inności, której częścią stało się przez chwilę. Podróż to jest takie flow, którego nie umiem opisać słowami. W tym wypadku spotęgowane magią, która drzemie w kulturze miast, wsi oraz naturze wschodniej Polski. Narratorami naszej wyprawy byli lokalsi – zdecydowałyśmy się bowiem na podróże couchsurfingowe, czy odwiedzanie znajomych. Trafiłyśmy na bratnie dusze, przewodników pasjonatów, ludzi ze wschodu z całą ich tożsamością, w którą wpisana jest gościnność. Klika miesięcy temu plan tej wyprawy był mglisty, a to jaką formę przybrała ostatecznie - przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

Tyle tytułem wstęp, czas przejść do części zasadniczej. Co jadłam? Zacznę na wspak, czyli od deseru. Słodki był najczęściej odczuwanym smakiem tego wyjazdu – wiadomo wakacje to czas odpoczynku i ładowania baterii, nie można liczyć kalorii. Temperatury podczas wyjazdu sięgały 40 stopni w słońcu, dlatego najobficiej słodkości występowały w formie lodów. Poniżej kilka adresów i krótka charakterystyka, gdzie, jak i za ile.



Rzeszów

Lody u Myszki

Można by powiedzieć, że trąci trochę myszką, ale podobno ta sieć jest w Rzeszowie kultowa i nie raz trzeba odstać swoje w kolejce. Lody śmietankowe z automatu podawane w różnego rodzaju kubeczkach (nie spodziewałam się, że istnieje aż tyle rodzajów wafelków) ze specjalnością lokalu, autorską czekoladową polewą, która jest czymś na kształt bardzo gęstego i bardzo kakaowego budyniu.

Ceny 3-6 zł
Ocena 3/5






Rzeszów

Kawa Rzeszowska

Jeśli już mówimy o słodkościach, warto też pomyśleć o kawie. Mam pewne przypuszczenia, że wiem, kto wyznacza w Rzeszowie dobre trendy kawowe. Bardzo dobra i świadoma kawa jest tu w bramie pod adresem Kościuszki 3. Parzona alternatywnymi metodami, mądrze sprowadzane i sprzedawane ziarno. Widać pasję. W ofercie również ciasta, wytrawne przekąski i śniadania. Bardzo przyjemne wnętrze i ogródek w podwórku o galicyjskim charakterze. Centrum dobrego rzeszowskiego smaku!

Ocena 5/5


Rzeszów

Niebieskie Migdały

Czuć, że ktoś tu się zna na słodkościach. Od lat pracuje na tych samych recepturach, doprowadził je do perfekcji. Jeśli chodzi o lody do wyboru około 20 smaków, wśród których dużo ciekawych, nawiązujących do innych deserów lub słodkich przekąsek - sernik, Rafaelo, Kukułka, orzechowa pralina. Nie za tłuste, nie za słodkie - trafione celnie w sedno.

Cena - 3 zł gałka
Ocena 4/5




W temacie słodkości - cudowna witryna jednego ze sklepów/ cukierni przy ulicy 3 maja w Rzeszowie. Patrzysz i nie wiesz, o jakiego pawia chodziło autorowi...


Nasza pierwsza kolacja na wyjeździe. Po całym dniu w Rzeszowie pojechałyśmy do Szczebrzeszyna, gdzie odebrała nas nasza pierwsza host-rodzina. Mieszkają w Brodach Małych - wioska między Szczebrzeszynem i Zwierzyńcem. "Rodzina" to najważniejsze słowo czasu spędzonego u nich - codziennie wspólne śniadania i kolacje, dzieci krzątające się po domu, ogromna serdeczność i uprzejmość, wiele wspólnych tematów. To było bardzo dobre rozpoczęcie wyprawy. Na zdjęciu lokalne chlebki - proziaki i sałatka, w której między innymi rukola z własnego ogródka. 















Zwierzyniec

Lody Waldemar Bachta
ul. Wachniewskiej 3

W tej lodziarni nastąpiła cudowna przemiana moich upodobań lodowych. Przestałam być wierna czekoladom, waniliom, orzechom i powiedziałam sobie: na wschodzie jem tylko owocowe lody! Bo jak tego nie robić, kiedy przed Tobą smaki leśnej poziomki, jagód, żurawiny, porzeczki? Owoce ze śmietaną - tak najkrócej określę te lody. Do wyboru codziennie może 6-8 smaków wyprzedających się na pniu. Miałam ochotę je jeść przed śniadaniem, po nim i w każdą inną porę dnia!

Cena - 2,5 zł gałka
Ocena 5/5

Zamość

Restauracja Muzealna

Idealne miejsce na obiad szczególnie w upały, ponieważ restauracji mieści się w oryginalnych, renesansowych piwnicach (stąd jakość zdjęcia). Położona na zamojskim rynku w części, która pierwotnie należała do Ormian. Ma to swoje odzwierciedlenie w menu - znajdziemy tu specjalności kuchni regionalnej, żydowskiej i ormiańskiej właśnie. Spróbowałam tu cudownego produktu, jakim jest olej świąteczny - czyli olej rzepakowy tłoczony na zimno w regionie Roztocza. Produkt tak pełny smaku, że jedzony z chlebem, czy makaronem będzie ucztą samą w sobie. Jadłam jedne z najlepszych, podczas tego wyjazdu, pierogów z kapustą kiszoną i twarogiem oraz gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami - porcje ogromne, ale zjedzone do ostatniego okruszka. Niestety inaczej było z deserem - śmiem twierdzić, że baklawa była kupionym gotowcem, dodatkowo z jej smaku mogłam wyczuć, co jeszcze znajdowało się Muzealnej lodówce, gdzie pewnie dość długo otwarta paczka była przechowywana. Nie muszę pisać, że lody również przyjechały z hurtowni spożywczej. Oto mamy deser potraktowany po macoszemu.

Ocena 3/5 (Jeden punkt odejmuję, bo mam wrażenie, że Restaurację Muzealną stać na więcej, a drugi za deser, który był totalną pomyłką)
  

Lublin

Mandragora

Od powitania "Szalom", po stroje kelnerów, wystrój lokalu i kartę - wszystko jest spójne, a przy tym nie teatralne - w Mandragorze możemy przenieść się z lublińskiego rynku do żydowskiego sztetl. Karta bardzo ekskluzywna - sporo dań ze szlachetnym mięsem w roli głównej, produkty i przyprawy bardzo dobrej jakości, smaki pełne i świadome, napoje i wina eksportowane także z Ziemi Świętej. Jadzą tu Żydzi, a zatem możemy ufać jakości receptur i smaków. Niestety jeśli chodzi o deser - kugiel z chałki - tradycyjny żydowski można porównać, na przykład z angielskim puddingiem chlebowym, w Mandragorze był totalną pomyłką - przypominał raczej zamoczony najpierw w mleku, a potem podsuszony zakalec. Mający ochotę na chałkę, skorzystajcie raczej z mandragorowej piekarni. Wegetarianie poza falafelem nie mają tutaj czego szukać.

Ocena 4/5 (jeden punkt odejmuję za kugiel)


Lublin

Bosko 

Jedna z topowych lublińskich lodziarni. Usytuowana przy ulicy Krakowskie Przedmieście zaprasza do siebie nie tylko dzięki dobrej famie krążącej po mieście, ale i świetnym wystrojem w klimatach retro. Lody zamknięte w okrągłych, przykrywanych pojemnikach, wśród smaków owoce i bakalie, sorbety i lody wegańskie. Chałwa pistacjowa i wiśnia, której spróbowałam naprawdę dobre, zbliżające się do maksymalnego poziomu tłustości o nasyconym smaku.

Cena - 3 zł gałka
Ocena 4/5






Lublin

Cafe Heca

Kolejne miejsce z kawą. Świetne wnętrze i ogródek! Dawno nie chillowało mi się tak dobrze w jakimś gastronomicznym przybytku, a zdecydowanie było nam to potrzebne, bo nasza podróż nabrała tempa - trzy miasta w trzy dni! Polecam zobaczyć tę przestrzeń i napić się tam kawy parzonej na różne sposoby. W ofercie są również ciasta (nie powalają) i quiche.

Ocena 4/5












Lublin

Kap Kap Cafe

Najbardziej hipsterskie miejsce w Lublinie? Sprawdzone niestety tylko naocznie - nie było gdzie wcisnąć palca.







Lublin

Perłowa Pijalnia Piwa

Przyciągnęłam moją towarzyszkę podróży w to miejsce, ponieważ czytałam kiedyś o tutejszym rewelacyjnym wystroju. Rzeczywiście robi wrażenie! Minimalistycznie - drewno, metal, szkło. Nie za duża przestrzeń z największym common table jaki widziałam w życiu - lada barowa ciągnie się dookoła pomieszczenia i stanowi jedyne miejsce siedzące (nie licząc letniego ogródka). Elementy funkcjonalne stanowią zarówno elementy dekoracyjne - uwielbiam bystre projekty! Okazało się, że wrażeń na wieczór Perłowa szykowała więcej. Kolejnym było piwo - Witbier - pszeniczny, niepasteryzowany, niefiltrowany, dostępny tylko w tym miejscu, było ukoronowaniem gorącego dnia. Potem, choć nie mogłam już nawet myśleć o jedzeniu, coś mnie podkusiło i zajrzałam do karty. Okazało się, że Pijalnia to również Bistro Perłowa  i karta brzmi rewelacyjnie (np. demi glace z drobiu, puree z brokuła, marchew sous-vide, ziemniaczki deuphinoise, ogórek marynowany w kurkumie, espuma z koziego sera, pulled pork na racuch ze słodu jęczmiennego). Nie mogłam się powstrzymać - zjadłyśmy jeszcze słony sernik, czyli talerz złożony z galaretki jagodowej, lodów porzeczkowych, żelu jagodowego, tafli słonego karmelu, minibez z maliną, piwnej posypki i sernika. Było lekko, różnorodnie w kontekście tekstur, niebanalna słodkość została przełamana kwasowością i słodyczą. Do Perłowej wrócę z pustym brzuchem!

Ocena 5/5


Białystok


Ogrody Pałacu Branickich

Podlaskie Śniadanie Mistrzów & Białostocki Festiwal Kawowy

Miło było przyjechać z Wrocławia, gdzie wszelkiego rodzaju imprezy z jedzeniem w plenerze stały się chlebem powszednim, do miasta, gdzie ludzie mają okazję uczestniczyć w takim wydarzeniu pierwszy raz. Dobra energia, świeżość, pasja i tłumy. Ludzie są tu bardzo zdolni, mają dobry smak i dobre lokalne produktu. Dobrą robotę zrobili hipsterzy z kawami, którzy zjechali tu z całej Polski i zaciekawili białostocczan alternatywnymi metodami parzenia. Ze słodkości udało się spróbować pączka wypiekanego w supraskiej Łukaszówce - tradycyjna receptura, smażenie na smalcu, cukier puder i makowe nadzienie - gdyby nie innowacja z makiem, byłabym pewna, że to pączki mojej babci. Spróbowaliśmy jeszcze wypieków z Baristacji - miejsca lokalnych foodisów.

Ocena 5/5



Białystok

Centrum Astoria

Przedziwne miejsce - kawiarnia, restauracja, bar mleczny i pub - tyle dóbr mieści się w sporym budynku zaraz przy białostockim Rynku. Po wszelkich kulinarnych eksperymentach i testach nowych smaków, miałyśmy ochotę na domowe jedzenie. Wybrałyśmy bar mlecznym Astoria z szerokim wybórem tutejszej kuchni regionalnej i potraw, które serwują bary mleczne w całej Polsce. Wielkiego plusa daję za surówki! Ale wracając do słodkości. Tutaj pierwszy raz jadłam ukraiński serniczek - czyli twarogowych smażonych placuszków. Astoria miejsce dla tych, którzy nie szukają na talerzu żadnych ekscesów.

Cena - 2,5 zł serniczek
Ocena 3/5




Tykocin

Tejsza

Restauracja położona w żydowskiej części Tykocina - niezwykle urokliwej, jak zresztą całość tego wspaniałego miasteczka! Kuchnia Tejszy od osiemnastu lat karmi przybyłych i mam wrażenie, że nic się w tym miejscu od tego czasu nie zmieniło. Ciemne piwniczne pomieszczenie i broniący się latem ogródek. Zastawa z arkoroku i bezplamowe obrusy (!) - czy może być gorzej? Tak, tutejsza kuchnia lubuje się w używaniu mikrofalówki! Czuję się urażona. Na szczęście zjadam przyzwoity żydowski rosół z farfarelkami (Złoty Joich) i słodki wegetariański bigos z rodzynkami. Na ulicę Kozią przyjdę, ale do Tejszy nie wrócę. Na szczęście w pięknym Tykocinie jest jeszcze Restauracja Alumnat, z której aromat masła dociera do pobliskiego Kościoła i gdzie jedząc obiad podziwiać można bajkową Narew.

Ocena 2/5


Białystok

Esperanto

Pić pod hasłem "lokalnie" mogliśmy w Białymstoku dzięki buzie. Buza to tuteszy napój, który w przedwojennym Białymstoku sprzedawali Macedończycy i produkowały wszystkie gospodynie domowe. Tradycyjnie podawana z chałwą. Rewelacyjnie gasi pragnienie, przypomina trochę kwas chlebowy, czy podpiwek, ale jego bazą jest kasza jaglana. Jak piszą najlepsi białostoccy blogerzy z Crust & Dust - buzie z Esperanto jeszcze wiele brakuje. Na szczęście podają przepis, który tworzyli w konsultacji z rodzicami pamiętającymi napój z przeszłości. Nie omieszkam wypróbować!

Cena - 3zł, 6 zł z chałwą
Ocena 5/5







Czarna Hańcza

Na odcinku między Wysokim Mostem a Frąckami, co jakiś czas przy rzece można spotkać kobiety, które od lat wypiekają z rana brytfanny jagodzianek, by potem jeszcze ciepłe sprzedawać spływowiczom. Bułeczki zakupiłyśmy u wszystkich napotkanych. Jagody podczas tegorocznej suszy były drogie i w jednej z jagodzianek znalazł się dżem jagodowy, w drugiej połączenie jagód i dżemu. Ciasto drożdżowe czasami bardziej puszyste, czasami bardziej wilgotne. Zawsze - obowiązkowo kruszonka. Dla mnie te kobiety są najlepsze! I nie umiem patrzeć na nie obiektywnie. Mam nadzieję, że ich córki będą kiedyś sprzedawać bułeczki moim dzieciom!

Cena - 2,5 zł buła u każdej pani
Ocena 5/5


Sejny

Restauracja Skarpa

Dotarłyśmy do Sejn - naszego ostatniego miejsca, a ja do tej pory nie zjadłam kartaczy. Nie mogłam czekać dłużej - trzeba było działać! Udałyśmy się do restauracji hotelowej, którą poleciła nam dziewczyna spotkana na ulicy. Skarpa okazała się fabryką kuchni regionalnej - wielu turystów, nieogarniająca sytuacji kelnerka oraz dania poprawne i produkowane bez serca. Zjadłam w końcu kartacze, dodatkowo jeszcze soljankę i soczewiaki. Na deser wjechało mrowisko - podlaski deser wpisany na listę produktów regionalnych i tradycyjnych. Byłam sceptycznie nastawiona - bo co to za filozofia polać miodem niekształtne faworki? Okazuje się, że życie i tradycja potrafi zaskakiwać. Mrowisko ze Skarpy było deserem, w którym każdy składnik miał znaczenie i mimo formy, stanowił on spójną całość. Ciasto delikatne, nieprzesiąknięte tłuszczem, lekko rozmiękczało się pod wpływem miodu, rodzynki dawały orzeźwiającego, owocowego posmaku, a mak nadawał lekkiej goryczy.

Ocena 4/5

 
Suwałki

Kuchnia U Alika

Na koniec naszej przygody trafiamy jeszcze raz na kuchnię tatarską (pierwsze to wizyta w Tatarskiej Jurcie w Kruszynianach) poleconą nam przez ostatnią host-rodzinę (u której mieszkaliśmy w stodole przy leśniczówce w Wigierskim Parku Narodowym!!!). Dość szybko konsumujemy kołduny, zapiekanego, faszerowanego bakłażana, desery: listkowiec z jagodami i kostkę kokosową popijając kawą z kardamonem. To moje pierwsze spotkanie z listkowcem, czyli roladą wykonaną z ciasta makaronowego, pomiędzy które wkłada się owoce albo biały ser. Tutaj podany z sosem ze śmietany i cynamonu. Mam wrażenie, że jest trochę suchy, ale nie mam porównania, za to mam postanowienie, że sama poeksperymentuję z tym prostym wypiekiem. Natomiast kostka kokosowa, to przyzwoite, domowe ciasto z bitą śmietaną.

Ocena 4/5