poniedziałek, 27 lipca 2015

Warszawa tak słodka!

Gdyby jakieś trzy lata temu zapytać mnie, które miasta w Polsce powinien zobaczyć zagraniczny turysta – powiedziałabym raczej Kraków, Wrocław, Gdańsk. Warszawa zawsze w moich rankingach była pomijana. Miasto przeze mnie niezrozumiałe, trudne i obce. Ale, ale... od mojej ostatniej, zeszłorocznej wycieczki zmienia powoli swoje oblicze.

Tym razem Stolica przygotowała dla mnie przygodę szlakiem najlepszych stołecznych deserów. Warszawa jest naprawdę słodka, czasem aż wykrzywia usta. Opakowana w różne oblicza słodkości. Czasem jest słodyczą bez pomysłu, ale z dobrym marketingiem. Innym razem ta słodycz ma dobre układy, w których interesie jest bronić od dawna obowiązującego porządku. Czasem jest banalna i bezrefleksyjna. Słodycz umila piękne chwile z przyjaciółmi, bo #yolo. Słodycz nie pozwala o sobie zapomnieć. Ale skupmy się jednak na deserach. 


Trzy desery na trzy dni w Warszawie

Odette
W pierwszy dzień moje nogi, a właściwie koła miejskiego roweru, zawiodły mnie na ulicę Górskiego 6, gdzie od lutego tego roku mieści się jedna z najbardziej wyrazistych warszawskich cukierni. Odette jest miejscem prowadzonym przez Katarzynę Zieniewicz, Krzysztofa Rabka i Jarosława Nowakowskiego. Przestrzeń i desery balansują tu pomiędzy uporządkowaną, przejrzystą geometrią oraz absolutnym szaleństwem, które kryje się pod przykrywką symetrycznej formy. Patrząc na Odette można by ją posądzić o zaburzenia obsesyjno-kompulsywne związane z potrzebą porządkowania ogromu wspaniałych smakowych bodźców. 



Przestrzeń Odette znajduje się na paterze nowego apartamentowca o bardzo jasnej i prostej strukturze. Zajmuje dwa pomieszczenie – jedno to cukiernia otwarta dla klientów, a drugie, oddzielone szklaną ścianą, to miejsce powstawania deserów i przestrzeń warsztatowa. Latem przed Odette jest jeszcze kilka stolików na zewnątrz, a że Górskiego nie jest ruchliwą ulicą – warto z nich skorzystać.



Desery Odette czerpią swe formy z prostych przestrzennych figur. Rzecz na tyle piękna i jeszcze niespotykana w polskim cukiernictwie, że niemalże życiowym wyborem staje się „Wbić, czy nie wbić widelczyk? Oto jest pytanie!”. Gdy zdecydujemy się jednak zniszczyć tę harmonię, okazuję się, że wsiadamy do smakowego rollercoaster'a - przed nami różnorodne struktury, musy, pianki, chrupiące ciasteczka, sprężyste otoczki, bardzo intensywne smaki. Czekolada jest bardziej czekoladowa, wanilia bardziej waniliowa, karmel bardziej karmelowy, owoce bardziej owocowe... W Odette można się przekonać, ile znaczą najlepsze składniki, przywożone z całego świata i niezamęczone przez nieprofesjonalną obróbkę. Tu nie ma drogi na skróty. 



Tak samo jak desery, wyważone jest wnętrze cukierni – bardzo mocne materiały i kształty: lastrykowa lada, boazeria, szkło, krzesła i stoły w klimacie art deco, zestawione są ze stylistyką z przeciwnego bieguna: pastelami, szarościami, złamaną biel, złotem, czernią.



Droga Odette prosiłabym Cię jedynie o lepszą kawę i bardziej oszczędną w ruchach i minach  obsługę.

Lukullus
Drugim miejscem, jakie odwiedziłam był Lukullus, którego od bardzo dawna obserwuję w mediach społecznościowych. Jest to cukiernia rodzinna, która nie wyrosła wraz z nowofalową modą na uczciwe wypieki, ale kształtowała i sprawdzała swoje receptury od lat. Założona w 1946 przez Jana Dynowskiego, opierając swą działalność na solidnym rzemiośle, doczekała się trzeciego pokolenia właścicieli.




Mijają już ponad trzy lata od kiedy cukiernia rozpoczęła nowy etap w swojej historii. Odświeżyła wizerunek i proponuje swoim klientom tradycyjne polskie wypieki, a także te inspirowane francuskimi klasykami. Lukullus - nowoczesne oblicze polskiego cukiernictwa - zachował to, co w tradycji najlepsze i połączył z najnowszą wiedzą o technikach i selekcji produktów. Chyba nie pomylę się za wiele, jeśli napiszę, że zapoczątkował zmiany jakie zachodzą w świecie polskich słodkich wypieków.



Ważnym dla Lukullusa jest osadzenie w polskiej kulturze – polskie produkty: ich sztandarowy składnik – masło z Grajewa, sezonowe i lokalne owoce, które wchodzą do repertuaru wraz z kolejnymi związanymi z porami roku wypiekami.Wśród produktów Lukullusa, jak na każdą, dobrą, polską cukiernie przystało znajdą się: ptysie, bezy, pączki, bajaderki (tu nazywane Bombą Hrabską), szarlotka, ciasto drożdżowe, torty, a także te francuskie, tarty, wśród nich bestseler Limoncello i croissanty.  



Postawienie na młodą Polskę podkreśla również współpraca z projektantami i grafikami którzy tworzą fenomenalną, wizualną oprawę Lukullusa, są wśród nich Olka Osadzińska, Bożka Rydlewska, Anna Warszawska, Jan Dziaczkowski. Dzięki nim zapadają w pamięć lukullusowe opakowania i wnętrza zdecydowanie inspirowane secesją, fantasmagoryczne, kipiące zdobieniami tapety w roślinne i zwierzęce printy, uzupełnione złotymi i srebrnymi dodatkami. 






Lukullus ma piękną polską duszę i w Warszawie już siedem punktów, w których codziennie swą pracą składa hołd masłu. A że masło uwielbiam – stąd już prosta droga do tego, by uwielbiać Lukullusa!





Uki Uki
Ostatnie miejsce - Uki Uki - nie jest cukiernią, a restauracją, gdzie serwuje się udon, który tak bardzo (jak wszystko, co japońskie) chciałam spróbować. Kiedy ceremonia spożycia, bo tak to należy nazwać, bulionu z dodatkami dobiegła końca, zajrzeliśmy jeszcze do karty w poszukiwaniu deserów. Tu skromnie, tak jak w całym menu. Uki Uki zdecydowanie nie stawia na ilość, tylko na jakość! Na liście trzy opcje - lody z zielonej herbaty, lody z fasolki adzuki i lody z zielonej herbaty z kluseczkami mochi. 



Zdecydowaliśmy, że spróbujemy wszystkiego. Po czym okazało się, że nie będzie nam dane. Szef nie zgodził się na wydanie nam lodów z fasolki, które w 35 stopniowym upale, podobno, nawet w lodówce straciły zadowalającą go formę. I tak oto została nam matcha i mochi. 

To było moje pierwsze spotkanie z lodami matcha i znajomość ta bardzo dobrze się zapowiadająca. Uki Uki rzuciło mnie na kolana. Lody miały doskonałą konsystencję - nie były bardzo zmrożone, ale też nie roztapiały się w mgnieniu oka. Za to można było zobaczyć (!), jak powoli oddają zimno i przy każdym razie skrobać łyżeczką kremowe lody. Matcha w smaku ziemista, z nutami jodu, doskonale uzupełniona słodko-kwaśnym syropem z muscovado i sosem śliwkowym (o którym nie wspomniano w menu), do tego tłustość i mleczność śmietany podbita chrupiącą orzechową posypką. To była doskonała pełnia, mieszczącą balans wszystkich smaków - słodkiego, słonego, kwaśnego, gorzkiego i umami. Kluseczki przyjemnie kontrastowały temperaturą, przy tym były wzorowo wykonane. Tak właśnie okazało się, że do Uki Uki chodzi się także na desery.



Warszawo, dzięki i słodkiego, miłego życia!

wtorek, 21 lipca 2015

Slot Art Festival od kuchni

Kto bywał na Slot Art Festivalu od lat, w tym roku musiał doznać niemałego szoku, kiedy przekraczając rejestracje ujrzał, co dzieje się po prawej stronie zaraz za bramami festiwalowymi. Nie raz w tym roku powiedziałam "to jest/był dziwny Slot". To słowo - jeden z moich ulubionych zapychaczy językowych dziur, słowo, za którym powinno pójść wiele zdań wytłumaczenia. I niech tak będzie! W tym wypadku to synonim zmian. Nie wymienię tu wszystkich, ale o kilku nowościach na Festiwalu napiszę, ponieważ dotyczyły także tego, co jadłam.  

Nim o zmianach, przenieśmy się najpierw choćby do lipca 2014 roku i stańmy twarzą w twarz z białymi namiotami, które slotowicze nazywają "kateringami". To główny punkt karmiący cały Festiwal. Wśród dostępnych dań kiełbasa, karkówka, hamburger, zapiekanki i hot dogi, nie zapominajmy oczywiście o pierogach. Nuda, nuda, nuda i to bardzo złej jakości. Opcja wegetariańska - kotlety sojowe z paczki (raz nawet zdarzyły się takie, które przed smażeniem nie były ugotowane), jajko sadzone i cukinia smażona w panierce będąca szczytem kulinarnej błyskotliwości. Ironiczne "Bo co można ugotować z warzyw?!" przychodziło mi głowy nie raz. Ale koniec tego hejtu. Wspominałam o tegorocznym zwrocie akcji i to na nim się skupmy!  



Wiem, że jakość i klimat, w jakim żywił się Slot nie doskwierała tylko mnie, było jeszcze "parę" innych osób. Prośby i sugestie, spokojne rozmowy i przekazy podprogowe zainspirowały organizatorów Slot Art Festivalu do zmian. W tym roku w miejscu "kateringów" sformował się przytulny zakątek stworzony przez food trucki, namioty i leżaki, a na terenie całego Festiwalu rozstawione zostały przyczepy i busy z różnorodnym jedzeniem. Bardzo sensownie dobrano sprzedających i wybór jedzenia był naprawdę szeroki.

W końcu można było kupić surowe warzywa i owoce - moja największa slotowa tęsknota - nie trzeba ich było szukać w centrum Lubiąża i ceny miały bardzo przyzwoite - jednym słowem - idealnie. Łebski właściciel furgonetki z nimi, serwował też gotowany bób, którego porcja kosztowała 3 zł. Proste i dobre! <3 Zaraz koło niego zaparkowały dziewczyny z Frutopii z rześkimi przekąskami, koktajlami, granolami i zdrowymi słodyczami.





W Wirydarzu Indyjskim, jak zawsze, strefa z wege jedzeniem. Tym razem pierwszy raz pojawił się w nim Zielony Talerz, któremu kibicuję wdzięczna za ich uśmiech, comfortfoodowe lunchowe dania i jedne z najlepszych wegańskich słodyczy w Polsce. Oprócz nich do Wirydarza, jak co roku, warto było wpaść po chai, którego recepturę przywieźli misjonarze pracujący w Indiach.



Skoro jesteśmy przy Wirydarzu koniecznie trzeba wyjść na chwilę przed klasztor (wejście pomiędzy salą 42 i 43), gdzie niemalże o każdej porze dnia lub nocy kusząco pachniało uczciwym pieczywem i serem. Tam zaparkowała Zapieksownia. Wesoła gromadka wypiekaczy z Gliwic spodobała się szczególnie fanom electro, bawiącym się do rana w pobliskim Kalafiorze (jedna z kafejek Slotowych - więcej tu). Kilka opcji w menu, złożonych z prostych składników - wszystko kojarzyło mi się z zapiekankami mojej mamy sprzed kilkunastu lat. Czyli jest dobrze.



Czas udać się do "kateringów", ale jeśli skierujemy się główną drogą i zatrzymamy na chwilę przy wejściu na dziedziniec, możemy przed tym napić się kawy od Kafara. To nowa, mobilna wersja, znanej wszystkim stałym bywalcom Slotu, najlepszej parzonej tu kawy, sygnowanej marką Kafo Kawiarni. Jedni z czołowych polskich baristów przyjeżdżają na Festiwal, prowadzą warsztaty, opowiadają o kawie i zdecydowanie mają duży udział w tym, aby wszystkie trybiki tej wielkiej maszyny chodził sprawnie przez znaczną część dobry. Dzięki, że robicie to w takim dobrym stylu!



Kawa w moich żyłach przez te pięć dni płynie hektolitrami, ale wróćmy do jedzenia. Przeszliśmy już do strefy kateringów. Z brzegów po lewej i po prawej zaczynamy spokojnie, bo witają nas znane naleśniki, lody włoskie, gofry. Potem po prawej - Pieczarkos - coś co może się wydać zagadkowe dla tych, którzy na Slocie znaleźli się pierwszy raz, a dla tych, którzy przyjeżdżają tu od lat absolutny must eat! Pieczarkos tradycyjna potrawa powstała na Slocie. Tutejsza pita, składa się z prostych, biwakowych składników - białego pieczywa, duszonych pieczarek i cebuli oraz sosu z pomidorów, papryki i kukurydzy. To ważny element slotowej kuchni - są tacy, co nie wyjeżdżają z Festiwalu bez zjedzenia choćby jednego Pieczarkosa.





Następnie, po lewej, cudny Taho Caravan, czyli nowy samochód i nowa formuła ekipy, którą możecie znać z wrocławskiego Taho Cafe. Wystartowali niedługo przed Slotem i lansują swoje autorskie danie - wegańskie waffle, czyli coś na kształt słonych, okrągłych, składanych gofrów z warzywnymi dodatkami i pastami. Znajdziecie u nich także kawę od Czarnego Deszczu i lemoniady.




Zaraz obok zaparkował Pasibus. W związku z tym, że nie jestem fanką burgerowej formy, mogę powiedzieć jedynie tyle - slotowe chłopaki jedli, aż im się uszy trzęsły! Wegetarian ostrzegam - wegeburgery smażone są na tej samej blasze, co reszta mięsnych kotletów.



Przyjrzyjmy się kolejnemu - Good Luck Grill Food Truck - czyli szczęśliwe jedzenie, które w tamtym roku parkując w centrum Lubiąża zaczynało swoją przygodę na kulinarnej drodze. Bez hipsteriady, miejsce dla tych, którzy lubią klasykę i w kuchni nie chcą być zaskakiwani. Bardzo miło będzie Wam zjeść u Pana, który kieruje tym samochodem. Znajdziecie u niego tortille, pyrę z gzikiem i autorską Texas Kiełbasę.



Na koniec zostawiłam to co najlepsze i muszę napisać to caps lock'iem - OSIEM MISEK! Skradło moje serce! Zresztą nie tylko moje. Ich asortyment rozchodził się w mig, a na dania trzeba było czekać czasem nawet godzinę. Dlaczego u nich zjadłabym nawet osiem misek? Bo mają pomysł na siebie, potężną porcję umami, inspirują ich smaki Azji i całkiem przyzwoicie technicznie przygotowują swoje dania. Krótkie menu: bułka maślana z pulled pork - błyskotliwie wymyślone pieczywo, wypiekane tuż przed wydaniem, świetne mięso (aż nie wierzę, że to piszę!), doskonały sos, coś jakby tysiąca wysp z dodatkiem curry, chrupiący ogórek, kiełki, orzeszki ziemne, odrobina chilli i szczypiorku - porcja idealna na slotowe warunki, w których co chwilę spotykasz znajomego, z każdym warto zamienić słowo nad "talerzem" czegoś dobrego. Tę bułkę maślaną widziała też raz w wersji na słodko z ich własną białą Nutellą i borówkami. Niestety, serce krwawi, nie udało mi się jej spróbować. Pad Thai - ogromna porcja poprawnie przygotowanego makaronu w wersji wegańskiej i mięsnej - wielka szkoda, że zabrakło w nim świeżej kolendry i większej ilości soku z limonki - ocena: ogólnie w porzo. W menu były jeszcze chłodniki, ale zimny lipiec nie motywował mnie do ich spróbowania. Rozkosznie było w Miskach pociągnąć takżę łyk lemoniady - szczególnie imbirowo-miętowo-cytrynowej. Tak się cieszę, że jesteście z Wrocławia!

























Kończę, bo wiadomo, że nie samym chlebem człowiek żyje...


sobota, 7 lutego 2015

Pochwała goryczy, czyli sałatka z brukselką i pomelo

Podobno gorzki będzie smakiem 2015 roku, u mnie jest chyba na końcu listy ulubionych. Dziś przepis ze składnikami, za którymi raczej nie przepadam – mdła brukselka, której nie umiem przyrządzać, roszponka –  kleista i obślizgła, anyż – w dużych ilościach nie do zniesienia. Bardzo intensywne smaki połączone w zupełnie nierozsądnym zestawieniu. Sami widzicie, jak ekspresywnych przymiotników użyłam. Przepis natomiast znaleziony w „Planty more” Yotama Ottoleghiego – roślinnego króla - nie mogłam nie zaufać! Kilka modyfikacji w zdrową stronę i jest miód zamiast cukru, olej lniany zamiast oliwy z oliwek, której dobrej jakości w Polsce ze świeca szukać i właśnie roszponkowa baza, a zatem zapraszamy na nasz wspólny przepis:

Sałatka z grillowaną brukselką i pomelo


15 brukselek
2 szalotki
3/4 pomelo
garść roszponki
3 gwiazdki anyżu
1 laska cynamonu
2 łyżki miodu gryczanego
3 łyżki soku z cytryny
5 łyżek oleju lnianego
świeża kolendra
sól, pieprz
50 ml wody

Brukselkę obieramy z wierzchnich listków i odcinamy końcówki. Blanszujemy - dwie minuty w osolonym wrzątku, odcedzamy i wkładamy pod bardzo zimną wodę. Kroimy na polowy, układamy w formie do pieczenia, na to rozrzucamy cebulę pokrojoną w piórka, skrapiamy olejem, opruszamy solą i pieprzem. Pieczemy w 200 stopniach przez 20 min. W trakcie odwracamy na drugą stronę. 

W garnuszku zagotowujemy 50 ml wody, wrzucamy korę cynamonu i gwiazdki anyżu. Dobrze wybrać takie naczynie, w którym przyprawy będą przykryte wodą. Gotujemy przez minutę. Odstawiamy do wystygnięcia. Po czym dodajemy sok z cytryny i miód. Nie wyjmujemy przypraw, wszystko mieszamy na jednolity sos. 

Pomelo obieramy ze skóry i błonek. Rozrywamy na cząstki. Zalewamy przygotowanym sosem i odstawiamy na minimum godzinę. Następnie wyciągamy gwiazdki i korę. Kiedy brukselki wystygną, umieszczamy je razem z pomelo, pokrojoną kolendrą w jednym naczyniu - dokładnie mieszamy. 

Na talerzu układamy roszponkę, na to wykładamy przygotowaną brukselkę z pomelo, skrapiamy olejem lnianym. Teraz czas na zaskoczenie się połączeniem smaków!

Smacznego!
Agniecha





wtorek, 16 grudnia 2014

Pierwsza wycieczka do Milejowego Pola

Jakiś czas temu, kiedy słońce i ciepło były w naszej szerokości geograficznej jeszcze powszechnie dostępnym dobrem, wybrałyśmy się z Efcą i moją przyjaciółką Jadwigą do Milejowic. Celem naszej wycieczki było naturalne gospodarstwo Eweliny Żygadło szerzej znane jako Milejowe Pole. Wieść niosła, że w miejscu tym dzieją się cuda nieznane lub rzadko spotykane we współczesnym świecie – ludzie przyjaźni i uśmiechnieci, zwierzęta luzem biegające, dzieci świata ciekawe, kolorowe warzywa pod ziemią prężnie się rozwijające i jadło na żywym ogniu z sercem przyrządzane.





I podczas naszej wizyty słowa te miały swoje urzeczywistnienie – cała rodzina i przyjaciele, a było ich w ten dzień wielu (gośćmi Milejowego Pola były również dziewczyny z Mamoteki.pl, które prowadziły warsztaty o zdrowym gotowaniu dla dzieci) przywitali nas z otwartymi rękami. Pogwarzyłyśmy, pogotowałyśmy i urodziło się z tego wiele dobrego, czego efekty możecie obserwować. Aż dziw bierze, że to tak niedawno, a zarazem tak wiele się zdarzyło. Powspominajmy razem ten dzień – poniżej rozmowa z Eweliną o tym, jak na co dzień płynie życie w Milejowym Polu, przepis na bardzo proste warzywa, które tam przyrządziłyśmy, a które zrobiły furorę oraz piękne zdjęcia Jadwigi Skowron dokumentujące ostatnie letnie dni 2014.






Miałyśmy w Milejowicach cudowną możliwość gotowania i smakowania podtraw przygotowanych na ogniu (także tych serwowanych przez Mamotekowe dzieci) . Kto zna ten smak natury, może zazdrościć - my dziś same zazdrościmy sobie. Ewelina udostępniła nam do tego przepisu swoje cudowne korzeniowe zapomniane warzywa: topinambur, kolorowe buraki i marchewki, pasternak, rzepę. Poniżej przepis, który możecie odtworzyć w domu.

Grillowane warzywa Efcy
przepis zaadaptowany do warunków miejskich 

  • warzywa korzeniowe dowolne: marchewka, pietruszka, ziemniaki, topinambur, burak - najlepiej zloty 
  • cebula lub por
  • kilka ząbków czosnku

Sos

  • 100 ml sosu sojowy  
  • 100 ml oleju z winogron lub inny do pieczenia 
  • 3 łyżki octu balsamicznego 
  • liść laurowy
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 2 łyżeczki ahar masali
  • łodyga rozmarynu
  • 30 ml sosu śliwkowego lub miodu

Warzywa wkładamy do piekarnika na blasze lub w brytfance. Przypiekamy je na funkcji rożen wiatrak w 150 stopniach przez około 15 minut, aż warzywa z wierzchu lekko się opalą.Wyciągamy, dodajemy sos i rozmaryn, mieszamy warzywa w sosie (jeżeli były na blasze to przerzucamy do brytfanki) i wrzucamy jeszcze na 20 minut do piekarnika ustawionego na 200 stopni + wiatrak. Sprawdzamy po 20 minutach czy ziemniaki są miękkie. Jeśli tak, to wyciągamy i rozkoszujemy się!







A na deser rozmowa z Eweliną Żygadło o krainie, w której mieszka i pracuje

RFD: Jak nomen omen wykiełkował i rozwijał się do tej pory pomysł na Milejowe Pole?

Ewelina Żygadło: Taka była potrzeba, naród poprosił – „Pomożecie?” – To pomożemy. To jest gospodarstwo moich rodziców, tu się wychowałam, stąd pochodzę, byłam tutaj od zawsze, tu pomagałam, tutaj zdobywałam moje pierwsze szlify. Wychowałam się na wsi, przesiąkłam tą wsią tak dosadnie. Ale powiem szczerze, że to zaczęło wychodzić później, niektóre rzeczy robię instynktownie, że aż sama jestem w szoku, jak jestem przesiąknięta tą wsią. To wychowanie, praca – rodzice zawsze mieli pole. Trzeba było to przekopać, wykopać, zebrać, schować, później przynieść, zanieść. Cały czas była ta praca, z ziemią, z naturą. Tu jesteś uzależniony od pogody, od pór roku, od pory dnia. Jestem typową osobą ze wsi. Zawsze lubiłam wieś. Klimat wsi był mi zawsze bardzo, bardzo bliski. Wypoczynek na przykład – wolałam jechać w Bieszczady, pod namioty, na spływ kajakowy. Choć nie ukrywam, że był taki czas, że ja się troszeczkę obraziłam na wieś. To znaczy obraziłam? Bardziej postanowiłam, że ja spróbuję czegoś innego. Po maturze robiłam coś innego, całkowicie inny kierunek studiów, jeden, drugi, czymś innym się zajmowałam. A to zaczęło się jakieś pięć-sześć lat temu. Zaczęły do mnie dochodzić sygnały. Ktoś mi powiedział, że gdzieś tam za granicą jest „wow” na eko i bio żywność. Tam to już daleko zaszło, a dla mnie było to oczywiste. Ta ciągle dostępna marchewka z ogródka nie robiła na mnie takiego wrażenia. Ale zaczęły dochodzić do mnie te sygnały, że jest na to zapotrzebowanie. Ja miałam jakieś tam swoje zajęcia, swoje zainteresowania i to mi przynosiło fajne zyski, dlatego to chodziło mi tylko z tyłu głowy. Ale im mniej satysfakcji pojawiło się w mojej dotychczasowej pracy, to bliżej mi się to robiło. I tak sobie myślałam: „masz warunki, jest pole, nie musisz niczego dzierżawić, masz doświadczenie, są rodzice, którzy też mają niesamowitą wiedzę, są maszyny, które można wykorzystać, możesz spróbować”, ale jednak znów coś mnie od tego odciągnęło. W końcu przyszedł w moim życiu taki moment, że musiałam podjąć szybką decyzję, co chcę robić. I postawiłam wszystko na jedną kartę – wróciłam tutaj, poprosiłam tatę, żeby dał mi kawałek ogrodu żebym spróbowała. Ojciec się pukał po głowie: „Zwariowałaś babo! Co Ty robisz? Idź do miasta. Nie po to kończyłaś studia, żeby teraz bawić się w ziemi. Wszystkim się kojarzy, że praca na wsi jest mało wdzięczna, ciężka, niefajna, kiepsko płatna i tak dalej. A tu jest jak wszędzie – są plusy i minusy, aczkolwiek ja zawsze wszędzie widzę plusy – nie ma minusów. Więc ze wszystkich minusów robiłam plusy. Kiedyś może nie lubiłam pracy na wsi, ale teraz z perspektywy czasu ja tak to doceniam. Jakby nie było praca uszlachetnia, robi z ciebie fajnego człowieka, zaradnego, ogarniętego życiowo, im wcześniej zaczniesz pracować tym lepiej. I za to teraz jestem bardzo wdzięczna, że miałam taką możliwość wychowywania i pracowania na wsi, z roślinami, czy ze zwierzętami – uczy to pokory do wszystkiego do przyrody, do ludzi, do wszystkiego.

Ale wracając, ten ważny dla Milejowego Pola moment pojawił się na początku 2013 roku, w marcu, akurat koniec zimy, początek wiosny – dobry moment. Ale nie wiedział za bardzo czym się zająć, w co pójść, więc najlepiej spotkać się z kimś, kto może podpowiedzieć, doradzić. I sobie pomyślałam o Slow Foodzie. Znalazłam Slow Food Youth Wrocław. Spotkałam się wtedy z Piotrem Andruszko, liderem wrocławskiego Slow Foodu. I tak sobie pogadaliśmy, bo właśnie na tym polega rola tego stowarzyszenia, żeby wspierać w takich kwestiach praktycznych. I Piotrek polecił mi wtedy jednego z kucharzy restauracji Folks – szefa kuchni Tomasza Hartmana. I doszło do spotkania. Tomkowi też się spodobał ten pomysł, że miałby takiego swojego rolnika, który mógłby mu hodować to, co on chce i podpowiedział mi: ziemniaki kolorowe, buraki kolorowe, topinambur. Potem Tomek odszedł z Folksa do Szajnochy 11 i ja poszłam z nim. Inni znów podpowiedzieli mi kolejne warzywa zapomniane: brukiew, rzepa, salsefia, skorzonera. Udało mi się znaleźć nasiona, sadzonki. Czasami ściągałam je z drugiego końca świata. Okazało się, że część jest bardzo łatwo dostępna. Wszystko zaczęło się przyjmować. Zaczęły się też zgłaszać kolejne osoby. Tak na dobrą sprawę, nim to wszystko wyrosło, ja miałam już rynki zbytu. Obecnie współpracuję ściśle z kilkoma restauracjami, angażuję się z uprawą w projekty specjalne. Ogólnie dużo eksperymentuję. Ja mam dusze naukowca – jestem chemikiem – eksperymenty z laboratorium przyniosłam tutaj. Także kombinuję – dostaję jakieś nowe sadzonki, nasiona i kiełkuje je w biurze, przenoszę do doniczki, pod folię, do kiełkownicy. W ogóle marzą mi się szklarnie, żeby mieć cały rok dostęp do fajnych warzyw. Fakt jest to trochę wbrew naturze, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak chcę się rozwijać, nie mogę się skupiać tylko na takiej marchewce, buraku, ziemniaku. Wiem, że jak się stworzy fajne warunki, większość roślin będzie można wyhodować w naszym klimacie. Teraz na przykład prowadzę eksperymenty nad paczką nasion z Singapuru, którą dostałam od Luizy Trisno. Zobaczymy, co z tego będzie, są jakieś szczawie dzikie, pak choi, fasole, jakaś odmiana pokrzywy. Już niedługo zdam relację z tych testów. Nie kręcą mnie modyfikacje. Chciałbym skupić na tym, żeby ściągać tu jakieś ciekawe uprawy, ale i dbać o nasze podwórko, wracać do tych starych odmian.



RFD: Jakie gatunki roślin w tym roku uprawiałaś?

EŻ: Brukiew, rzepa, pasternak, salsefia, skorzonera, różnokolorowe rzodkiewki – biała, czerwona, żółta, podłużna, sałata lollo, majowa, rukola dwa rodzaje, marchewki kolorowe – biała, żółta, czerwona, fioletowa, pomarańczowa, buraki – złoty, biały, włoski, czerwony, podłużny, szczypiorek, koperek, pietruszka, seler, por, topinambur, kalafior, brokuł, czosnek, kilka odmian ziemniaków – do sałatek, do pieczenia, odmiana mieszana, chrzan, cebula. Muszę powiększyć ogród, bo na tę chwile jest za mały.

RFD: A zioła?


EŻ: Tymianek, kolendra, chyzop, bazylia, cząber. Ale był to trudny sezon. Bawiłam się też z restauracjami w takie mikrozioła i tu był szczawik gajowego inaczej nazywany francuskim. Udało mi się znaleźć trudno dostępny groszek wąsaty. I był też oksalis. Jak będą szklarnie to będzie tego dużo więcej i dłużej.

RFD: Czy Milejowe Pole jest gospodarstwem ekologicznym?

EŻ: Nie mam żadnych certyfikatów i cały czas myślę nad tym certyfikowanym gospodarstwem. Na razie nikt tego na mnie nie wymusza. Myślę sobie, że na tyle jest to blisko miasta, że każdy może tu przyjechać i zobaczyć. Tak, jak wy widziałyście - z pięciu marchewek trzy się nadają do jedzenia, bo reszta jest robaczywa albo obgryziona. Chce znaleźć złoty środek, bo przez to, mam dużo strat. Nie używam tutaj żadnej chemii, ale gospodarstwa ekologiczne mogą używać, tylko bardzo niskie dawki i określone rodzaje. Mam też klientów z małymi dziećmi i oni mówią: „ja od razu zobaczę po moim dziecku, czy pani coś tam dosypuje”. To jest temat na przyszłość. Chcę być przede wszystkim gospodarstwem tradycyjnym, z tradycyjnymi metodami, starymi warzywami.

RFD: A jak Twoi sąsiedzi reagują na to, co robisz?

: Ja akurat mam fajnych sąsiadów. Dla wszystkich to jest nowość, ponieważ jesteśmy jedynym gospodarstwem na tej wsi, które żyje z rolnictwa. Nikt już tego nie chce robić, obumiera ta tradycja, my cały czas to kultywujemy. Sąsiedzi się patrzą tak trochę z niedowierzaniem, trochę z podziwem – różnie, ale widać że to żyje, przyjeżdżają ludzie, przyjeżdżają wycieczki. Wczoraj na przykład miałam wykopki – dzieciaki kopały ziemniaki i dla nich ponoć były to tak niesamowite wrażenia, panie nauczycielki tak mi dziękowały za to, że dałam im możliwość pogrzebania w ziemi! To jest bardzo ważne, żeby dzieciaki były świadome, a ludzie nie chcą przyjmować do siebie na takie wizyty. Nie chcą się dzielić, nie wiem z czego to wynika? Mi jest dobrze z tym. Jest ignorancja w narodzie, więc cieszę się, że mogę pomóc.

RFD: Co planujesz na przyszły rok?

EŻ: Jeśli dostanę dofinansowanie, to chciałabym centrum Milejowego Pola przenieść dalej od domu rodziców. Zrobić taką dużą wiatę przygotowaną na warsztaty, biesiady, żeby ludzie się spotykali nawet raz w tygodniu, czy więcej. No i szklarnie. Myślę nad wieloma projektami, wieloma biznesplanami. Przedsiębiorstwo tak działa, szczególnie w rolnictwie i jeśli się chce być na jakimś tam fajnym poziomie, bo nie chcę się zatrzymać na tym, co teraz mam. Daje mi to satysfakcję, ale jeszcze trzeba się rozwijać, pójść dalej, zdobyć next level. Także przede wszystkim te szklarnie, no i chcę powiększyć ogród. Teraz on ma około hektara, ale to jest za mało. Już o tej porze prawie nic nie mam – zostało mi parę porów, małe buraczki. Jednak najważniejsze, żeby w życiu robić to co się lubi. Może z dystansu dopiero doceniam wiele rzeczy związanych z pracą – zawsze starałam się, żeby praca sprawiała mi satysfakcję, radość, zawsze chciałam wynosić nową wiedzę z pracy, dostarczać mi niesamowitych emocji. Wszystko się tu zaczyna i tu się kończy. Krąg życia.